Pierwsza operacja głowy

Po wyjściu ze szpitala z nową diagnozą nie wiedziałam jak się pozbierać. Standardowo żyłam stwarzając pozory i odliczałam dni do operacji. Nie mogłam zrozumieć jak to jest możliwe.
Z chorobą podstawową byłam tak bardzo pogodzona.
Ale tętniaki…
Nie potrafiłam tego zrozumieć. Tak wiele miało być jeszcze przede mną. Tak wiele chciałam zrobić. A życie w pewnym sensie znów podcięło mi skrzydła. Ot co. Dlaczego miałoby tego nie zrobić…

Każdego dnia jadąc do pracy myślałam jak to będzie.
Czy po operacji poznam rodzinę?
Czy będę mogła się ruszać?
Czy samochód nadal będzie moim środkiem transportu?
Czy w ogóle się obudzę?
Bałam się.
Nie mogłam się z tym pogodzić.

Pomimo tego, że mój strach był ogromny nie mogłam się doczekać zabiegu. Chciałam mieć to za sobą. Chciałam wiedzieć na czym stoję.

Doczekałam się. Wilk nie był taki straszny.

Przyjęli mnie do pokoju jednoosobowego. Z toaletą. Taki mały luksus w tym wszystkim.

Pobyt zaczął się od rezonansu magnetycznego powiedziałam W, że najgorsze za mną. Leżenie 40 minut bez ruchu wydawało mi się największą katorgą.

Wiedziałam, że po badaniu będzie mnie czekać tylko spotkanie z anestezjologiem i zabieg.

Poprosiłam o leki uspokajające na noc. Nie chciałam leżeć i patrzeć w sufit.

Rano przygotowałam się do operacji. Założyłam nowy worek. Napisałam na nim z jaką częstotliwością i w jaki sposób należy go opróżniać. Zostały ostatnie godziny…..minuty do zabiegu…..

Mimo to, że się modliłam, mimo to, że wiedziałam, że modli się moja rodzina kiedy wjechałam na salę pękłam. Płakałam bo bałam się, że są to ostatnie chwile w moim życiu, ostatnie świadome chwile.

Anestezjolodzy próbowali mnie uspokoić. Zapewniali mnie i sami wierzyli w to, że jestem w dobrych rękach. W ich rękach i w rękach W.
Później uspokoili mnie lekami.
Nie kazali mi liczyć.
Nie kazali myśleć o niebieskich migdałach.
Pozwolili mi odpłynąć po mojemu…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *